Piłka nożna – spać nie można. Opinia niektórych. Prawo Pascala – kto wybił ten zapier… idzie. Znana zasada gry w piłkę nożną. Gramy w gałę? Ulubiony tekst każdego footballera. Takie teksty to do baby! Odpowiedź znajomego na to pytanie
Film użytkownika EDUDOGGY (@edudoggy) na TikToku: „piłka nożna, spać nie można 😂 kto zostanie mistrzem świata? 🤔 #mundial #piesek #dc #germanshepherd #dogsoftiktok #worldcup”.UEFA Champions League Anthem (Full Version) - UEFA & Tony Britten.
Piłka nożna, spać nie można! Ten okrzyk szkółki piłkarskiej naszego syna stał się jednym z naczelnych haseł w naszym domu. Dlaczego? Bo rzeczywiście piłka nożna sprawia, że często na sen brakuje czasu. Ale nie nam wszystkim, tylko Piotrkowi.
"Jak to się mówi piłka nożna spać nie można. Osobiście trochę przysnąłem przez ostatni rok, ponieważ zdecydowanie więcej emocji było przy pracy czy zmrożonym kuflu, niż na boiskach w Europie. Nie
Trudny dla osób nie znających piłki nożnej.Fajny ! Created 31/07/2016; Published 01/08/2016; Amended 31/07/2016; Difficulty Difficult; Questions 5 ; Theme Sport, Leisure
jodoh kencan tante cari gebetan jakarta 2019. IZABELA KOPROWIAK: Nadal obowiązuje zasada siedmiu minut? Jak się pan nudzi, to po takim czasie wychodzi? JAROSŁAW KRÓLEWSKI: Siedem minut to metafora, ale to fakt – staram się robić krótkie spotkania. Zobacz również: Listkiewicz: Polscy sędziowie pojadą na mundial. Po takim występie ich udział jest pewny [Wywiad] Krótko być nie może, bo już trzy i pół roku mija, odkąd zaangażował się pan w Wisłę Kraków. Mocniej polska piłka zmieniła pana czy pan polską piłkę? Ambicje miał pan spore. Nadal mam, jeszcze większe niż miałem, ale myślę, że piłka zmieniła mnie bardzo mocno. Obracam się w branży, w której większość spraw, działań, wyników jest racjonalnych, często skorelowanych z IQ, EQ czy innymi twardo określonymi parametrami. W futbolu rządzą inne wzorce, których często nie da się logicznie wytłumaczyć. Ważne jest doświadczenie, które pozwala zrozumieć, jak one działają. To wymaga czasu, on pozwala nauczyć się tej swoistej logiki w wielu aspektach, nie tylko sportowym, ale też organizacyjnym, rynku transferów, pragmatyzmu ligi. Od trzech i pół roku to robimy, ten mijający sezon jest pierwszym, w którym wszystko przebiega mniej więcej normalnie. Pierwszy ledwo przeżyliśmy, w drugim przyszedł covid. Teraz mogliśmy nieco spokojniej działać. A jednak skutki tego działania są słabe, bo walczycie o utrzymanie. I trzeba to przyjąć ze szczerą pokorą. Z mojej perspektywy wygląda to w ten sposób, że podręcznikowo wiele rzeczy chcieliśmy zrobić dobrze. Przed sezonem wielu zewnętrznych obserwatorów twierdziło, że mamy dobry zestaw ludzi, że właściwie dobraliśmy piłkarzy, kadrę, transfery wydawały się udane. Wynik pokazał co innego. Ale nawet teraz, kiedy walczymy o utrzymanie, myślę, że to świetna lekcja. Lekcja czego? Pokory. Poza tym, ulubionym słowem kibiców w polskiej piłce jest profesjonalizm. Mówi się o nim na każdym kroku. Ja już trochę na świecie żyję, widziałem wiele profesjonalnie działających firm, mam nadzieję, że moją też mogę do nich zaliczyć. Kiedy spojrzymy jednak na polskie kluby, ich sposób zarządzania, to okazuje się, że niewiele jest osób, które warto naśladować, w które warto inwestować, które mają długofalową wizję. Profesjonalizmu, który da się wyuczyć w znaczeniu biznesowym, jest tu niewiele. Nie da się skończyć studiów „jak zarządzać klubem sportowym?” i po prostu osiągnąć sukces. Brzmi jak wymówka. Nie taki jest mój cel. Wielu rzeczy mogliśmy uniknąć, jednak zdobycie tej wiedzy wymaga czasu. Po prostu tłumaczę, że kiedy mówimy w kontekście polskiej piłki o profesjonalizmie, doświadczeniu, to okazuje się, że jest bardzo niewielka liczba wzorców, ludzi, których można byłoby do siebie sprowadzić. Dla mnie futbol klubowy to duże laboratorium, w którym siedzisz i eksperymentujesz ze świadomością, że w niektórych miejscach będzie bardzo bolało, że do podjęcia będą trudne decyzje. Efekty tych doświadczeń są mocno skorelowane z czasem, który poświęcasz na zrozumienie tego świata. Trudno w tych rozważaniach wątek czasu pominąć. Uważam, że w Wiśle dobraliśmy zarząd idealnie i jestem przekonany, że warto w niego inwestować. To ludzie z ogromnym doświadczeniem w sporcie. A jeśli czasu na te eksperymenty i naukę zabraknie i mówiąc wprost – spadniecie z ligi? Co oznacza dla was spadek? Trudne wyzwania finansowe. Byliśmy już w różnych sytuacjach, z tą również myślę, że byśmy sobie poradzili. Gdy zarządza się projektem, trzeba brać odpowiedzialność za niego i podołać kolejnym wyzwaniom. Nie mam wątpliwości, że sobie poradzimy. Czyli zostaniecie w klubie? Mamy zgodność, wszyscy podejmą rękawicę, ze zdwojoną ambicją zrobią wszystko, by przywrócić status quo. Po remisie w derbach będzie łatwiej? Odetchnąłbym z ulgą, gdybyśmy wygrali i mieli tak jak Zagłębie 32 punkty. Mogło się to wydarzyć, Fazlagić miał w samej końcówce piłkę meczową. Oczywiście gdyby znalazł się w niej nasz przeciwnik, na pewno piłka wpadłaby do siatki, pewnie jeszcze odbijając się od poprzeczki. Nam się to nie zdarza... Ale remis przyjęliśmy pokornie, bo nasza gra nie była wysokich lotów, wielu piłkarzy wróciło po kontuzjach. Wszystkie statystyki wskazują na to, że rozstrzygnięcia nastąpią w ostatniej kolejce. Jestem na 99 procent przekonany, że do ostatniej kolejki nie dowiemy się, kto spadnie z ligi. Algorytmy działają w piłce? Oczywiście, że tak. Na przykład Liverpool posiada jeden z większych działów data science na świecie, mają w drużynie jednego z najlepszych specjalistów od sztucznej inteligencji w dziedzinie sportu. Wydają na to ogromne pieniądze. Rozumieją, że są elementy meczu, których człowiek nie jest w stanie dostrzec, a tym bardziej przeanalizować. Dziś każdy piłkarz jest dokładnie opisany, każda sytuacja, saturacja ataków, a to będzie szło jeszcze dalej. Technologia na pewno będzie bardzo mocno opanowywać sport, wymusi zmianę pewnych nawyków. Czy w Synerise przygotowujecie oprogramowanie do analizowania meczów piłkarskich? My nie opracowujemy programów przeznaczonych do piłki nożnej, ale w Wiśle inwestujemy w to sporo środków. Oczywiście każdy trener ma inną wizję. Po przyjściu Jurka Brzęczka zaskoczyło mnie, jak dużą wagę przykłada on właśnie do analiz, największą z trenerów, których zatrudnialiśmy. Oczywiście korzystamy z typowych narzędzi jak choćby InStat, StatsBomb, analiz Catapult, nawet dokonywaliśmy własnych obserwacji w języku R. Już podczas pracy Artura Skowronka przygotowaliśmy, nawet ja osobiście ją programowałem, aplikację, w której piłkarze codziennie rano, zaraz po przebudzeniu oraz po każdym treningu dokładnie określają interaktywnie, jakie części ciała ich bolą, zaznaczają, jak się czują w scali Borga itp. Informacje te spływają w czasie rzeczywistym do sztabu medycznego, do trenera przygotowania fizycznego Leszka Dyji, którego jest to pomysł, dzięki czemu każdy piłkarz jest na treningach traktowany indywidualnie. Wszyscy trenerzy Wisły podążali za tymi nowinkami? Każdy miał swój styl... Ale jak widzimy po polskiej lidze, to nie zawsze te nowinki techniczne wygrywają. W ekstraklasie potrzeba wiele pragmatyzmu, liczą się dobrze wykonane rzuty z autu, rzutu rożne, dośrodkologia. To jest jedna z moich większych nauczek, że w naszej lidze potrzebne jest wyrachowanie, fizyczność, spryt, niekoniecznie jakość piłkarska. Podczas naszej pierwszej rozmowy mówił pan, że znajdował się w życiu w kilku sytuacjach kryzysowych, ale zawsze wiedział, że sobie poradzi, wystarczy, że będzie miał laptopa. W piłce to chyba jednak nie działa? Czy ja wiem? Mogę użyć laptopa, by ściągnąć zawodnika, by kogoś zatrudnić, przeczytać inteligentnych ludzi na Twitterze. Jeśli nie zrobi się porządnych wzmocnień w oknie transferowym, to potem laptop da niewiele. To jest ciekawy aspekt tej pracy – błędy są trudno odwracalne. Niekiedy problem też polega na tym, że ci piłkarze, którym gorzej idzie, to nie jest ten popularny szrot, o którym się tyle mówi, ale okazuje się, że do pewnych drużyn i miejsc po prostu nie pasują. Tak bywa też z trenerami, tak było z Adrianem Gulą, który uważam, że jest świetnym trenerem i człowiekiem. Ale w naszej lidze, w naszym zespole się nie sprawdził. Może ja byłbym słabym programistą, gdybym pracował w jednej z czeskich firm, czasami coś po prostu nie trybi. W piłce jest to wybitnie romantyczne, bo na wynik składa się nie tylko praca trenera, ale też postawa piłkarzy, kibiców. Jest bardzo wiele zmiennych, które codziennie mogą wpływać na efekt, nawet to, co się dzieje w głowie. Jednym z moich większych odkryć jest fakt, że w procesie rekrutacji do zespołów trzeba większą uwagę zwracać na osobowość. Patrzę z boku i mam wrażenie, że Wisła ma wyjątkowy niefart w wielu aspektach. Pan – człowiek nauki – wierzy w szczęście i pecha? Nie wierzę, ale liczba sytuacji, splotów zdarzeń statystycznie jest dość ciekawa. Gramy z Piastem, remisujemy, a obijamy dwa razy słupki, dwie poprzeczki do przerwy. Myślę jednak, że mamy zbyt duży wpływ na rzeczywistość, aby mówić o szczęściu i pechu. Ale aby coś w życiu osiągnąć, musi nastąpić odpowiedni splot zdarzeń: musimy np. poznać odpowiednich ludzi, mieć wspólne cele, ambicje i marzenia. Jak się potem to wykorzysta, zależy od ciebie. Wciąż nie znam pana diagnozy, dlaczego Wisła jest tak nisko w tabeli? Zbyt łatwo odpuściliśmy kontrolę wielu aspektów. Za mało pilnowaliśmy kwestii transferów, budowania drużyny. I nie mówię tylko o Tomku Pasiecznym, który był dyrektorem sportowym. Powinniśmy być bardziej uważni. Za mało też ufaliśmy intuicji. Z Jarosławem Królewskim spotykamy się w warszawskiej restauracji, w której wszystko się zaczęło. To w niej pod koniec 2018 roku powstał plan ratowania Wisły Kraków. Kiedy nie zaufał pan intuicji? Może w tym konkretnym przypadku to nie była kwestia intuicji, ale uważam, że błędną decyzją było to, że nie zdecydowaliśmy się na zatrudnienie Jerzego Brzęczka dużo wcześniej, po jego rozstaniu z reprezentacją. Na pewno moim błędem było to, że zbyt mało o tej kandydaturze rozmawialiśmy, mimo że niemal wszyscy doradzali, aby to zrobić. Nie uważam, że moje zdanie jest tutaj kluczowe, ale moja intuicja również w tym wypadku zawiodła. Pewne rzeczy mogliśmy też zakończyć nieco wcześniej, jak współpracę z trenerem Peterem Hyballą, dla obu stron byłoby to lepsze rozwiązanie. Powinniśmy bardziej myśleć o tym, co tu i teraz, a nie budowaniu drużyny na przyszłość, co nas uderzyło w tym sezonie. Pamiętajmy też, że gdybyśmy mieli punkty, które przez błędy sędziowskie potraciliśmy np. w meczach z Wisłą Płock i Lechem, bylibyśmy bliżej 10., planowanego miejsca niż strefy spadkowej. A jednak tabela pokazana w Lidze Plus Ekstra pokazała, że równie często na tych błędach tracicie, jak i korzystacie. Cały dzień pracowałem nad tym, by nie wchodzić w ten temat... Analiza w tym programie też pokazała, że na 279 meczów w 90 sytuacjach popełniano błędy, które często wypaczały wynik. W co trzecim meczu ekstraklasy popełniany jest kluczowy błąd – jak tu mówić o racjonalności? Tyle że w waszym przypadku tyle samo razy na tych błędach korzystaliście, co i traciliście. Po co więc te nerwy? Tylko że taka tabela nie pokazuje czasu w trakcie meczu, kiedy te błędy zostały popełnione. Jest różnica między bramką straconą w ostatniej minucie i czerwoną kartką pokazaną w przerwie meczu. Kim jest dla pana Jakub Błaszczykowski? W kontekście miejsca, w którym jestem, przede wszystkim osobą, bez której Wisła już by nie istniała. Ogromnie szanuję go jako człowieka. Bardzo często rozmawiamy. Byłbym w stanie powierzyć mu wszystko co mam i być spokojnym, że będzie to etycznie i absolutnie profesjonalnie zrealizowane, to najinteligentniejszy piłkarz poza boiskiem, jakiego do tej pory poznałem. Zna się na bardzo wielu rzeczach, mądrze inwestuje i interesuje się wieloma sprawami. Rozmawia z nim pan jak ze współwłaścicielem czy piłkarzem? Nie da się tego podzielić. To tak, jakby ktoś chciał, abym pozostał współwłaścicielem Wisły, ale nie był już programistą: w swoim funkcjonowaniu, myśleniu, wzorcach. Tyle że pana praca w firmie Synerise i w Wiśle nie są ze sobą powiązane. W przypadku Błaszczykowskiego jak najbardziej – jest i zwykłym pracownikiem, i szefem – to pewne pomieszanie ról, może podejmować decyzje, które rzutują bezpośrednio na niego. To byłby problem jedynie wówczas, gdybyśmy założyli, że ktoś stawia egoistyczne widzenia świata przeciw merytoryce. To nie ma żadnego sensu i w tym wypadku nie występuje. To nie byłaby walka o klub, ale o korzyść jednej osoby. W przypadku Kuby absolutnie niemożliwe. Był najbardziej sterylną osobą w ocenianiu jakiegokolwiek trenera, sytuacji, jaką znam. Ja przy nim jestem dużo bardziej chwiejny. Ostatnio obaj reagujecie mocno emocjonalnie. On zaraz po meczu z Wisłą Płock, pan nieco później, na Twitterze. Uważam, że te reakcje były dość stonowane. Ale dlatego, że to Kuba Błaszczykowski, zrobiono z tego taką aferę. Porównajmy to do sytuacji, do jakich dochodziło w Cracovii profesora Filipiaka, jak spojrzymy na jego akcje, to uznamy, że jesteśmy wręcz wzorcowi. Tak na marginesie, to się zastanawiam, dlaczego ja jako jedyny nie otrzymałem kary w zawieszeniu? Pan Janusz Filipiak za nazwanie sędziego „ch...” dostał karę w zawieszeniu, Kuba za swoje zachowanie również, tylko ja muszę zapłacić 5 tysięcy złotych za to, że niektóre sytuacje nazwałem kretyńskimi. I to jest np. przykład, który umyka algorytmom. Zbyt dużo w tej lidze jest braku konsekwencji. Foto: Krzysztof Porębski / Newspix Jarosław Królewski Pana wpisy na Twitterze to emocje czy działanie w celu osiągnięcia konkretnego celu? Chciałem zwrócić uwagę na to, co się dzieje na boisku w czasach, kiedy jest już VAR. Druga kwestia, o której powiedziałem Komisji Ligi, jest taka, że ja nie oceniam ludzi ad personam. Nie mówię, że ktoś jest głupi, ale że ktoś robi głupie rzeczy – to są dwie różne rzeczy. Jak popełniam kretyńskie pomyłki, to nie oznacza, że jestem kretynem. Takie jest moje widzenie świata. A że uznane jest to za atak ad personam? Nic na to nie poradzę. Wiem za to, że następnym razem lepiej użyć więcej sarkazmu, mniej prostych słów. Ile procent czasu poświęca pan dziś Wiśle, a ile swojej firmie? To się przenika. Cały czas myślę o rodzinie, transcendencji, firmie i oczywiście Wiśle, bo trudno nie myśleć o klubie, skoro jesteśmy w strefie spadkowej i co pięć minut ktoś na Twitterze mi o tym przypomina. Twittera akurat można wyłączyć. To byłoby bez sensu. Świat twitterowy jest świetny. W nim wszystko jest bardzo bezpośrednie, każdy ma prawo się wypowiedzieć. Ja uważam, że to przede wszystkim siedlisko hejtu. Ludzie są przewrażliwieni. Nawet gdy masz hejt w komentarzach, poczytasz to, to i tak dokładnie wiesz, ile z niego jest prawdą. Ile prawdy było w tweecie byłego prezesa Wisły Piotra Obidzińskiego, który po zachowaniu Jakuba Błaszczykowskiego względem sędziego meczu z Wisłą Płock napisał: „Wściekły, sfrustrowany, rzucający groźbami Właściciel (w syt gdy nie może nic zrobić albo nie ma racji albo nie rozumie czegos) to jest jedno z tych krakowskich wspomnień, za którymi nie tęsknie…”. Pełniącego obowiązki prezesa, nie prezesa – to ważne, bo wówczas znaczenie rady nadzorczej było ogromne. Długo myślałem o tym, z czego on może wynikać. Merytorycznie? W moim przekonaniu zerowa zawartość prawdy. A dlaczego pojawia się akurat teraz, kiedy w Wiśle jest trudno? Myślę, że osoby, które pracują na naprawdę wysokim poziomie, mają kilka zasad, których starają się przestrzegać. A jeśli tego nie robią, to może nie powinny tych stanowisk zajmować. I być może ta sytuacja też pokazuje, dlaczego nasza współpraca się skończyła. Czasem zachowanie zawiera w sobie odpowiedzi na wiele pytań. Przekaz był jasny: Błaszczykowski często się tak zachowuje w klubie. Faktycznie widuje pan go w takim gniewie? Z mojej perspektywy to totalna głupota. Znam Kubę od wielu lat i dla mnie to, co ten tweet zawiera, to science-fiction. Przejaw frustracji. Na kim przez te trzy i pół roku się pan zawiódł? Na pewno zaskoczyła mnie sytuacja z Olkiem Buksą. W biznesie, takie postępowanie byłoby ocenione karygodnie, miałoby przełożenie na przyszłość, bo zaufanie jest kluczowe. Dlatego tak mocno mnie to zaskoczyło. Ale jest wolnym człowiekiem, może robić, co chce. Ta sytuacja odebrała mi jednak trochę wiary w piękno tego sportu, bo niby chłopak tak kochał klub, a z błahego powodu potrafi to wszystko odciąć. Dziś wiem, że piłka nożna, w szczególności w Polsce, po prostu nie kieruje się takimi wartościami jak zaufanie, słowność, które w innych biznesach są podstawą. W naszym futbolu w wielu aspektach próżno ich szukać. Dlatego trzeba podejść do tego pragmatycznie, nie oczekiwać zbyt wiele, wtedy człowiek się nie zawiedzie. Więc jeśli czytam takie tweety w momentach, kiedy w Wiśle dzieje się źle, to uważam, że jest to po prostu mało istotne. Nie mam ochoty wchodzić w dyskusje z byłymi pracownikami. Zapowiedział pan, że od lipca znów zamieszkacie z żoną w Krakowie. Czyim pomysłem był powrót do tego miasta? Moim, ale razem z żoną tego chcieliśmy. Warszawa była celem biznesowym. Spędziliśmy tu 10 lat, wystarczy. Zresztą i tak większość ostatniego roku spędziłem za granicą, więc nie ma większego znaczenia, skąd startuję. A tak przynajmniej będę bliżej Wisły, choć pozostawiam tu wielu przyjaciół. Miejsce zamieszkania nie jest dziś istotnym atrybutem. I bliżej profesora Janusza Filipiaka, z którym lubicie się „kąsać” medialnie. Gdy ktoś mówi o moim sporze z profesorem Filipiakiem, to jest to bardziej spór ideologiczny. Ja mówię do ludzi: „fruwajcie, popełniajcie błędy, ale rozwijajcie się!”. On: że „każdego ambitnego człowieka można zastąpić skończoną liczbą studentów” lub, że „nie warto obok młodych ludzi siedzieć”, bo nic nie osiągnęli. Mam 35 lat, zobaczymy ile osiągnę w wieku 41, takim, kiedy profesor zakładał firmę. I tu kolejny przykład, który pokazuje, że niektóre sprawy wymykają się algorytmom. Prezes Filipiak realizuje wizję sportową Cracovii już prawie 15-20 lat, czy jest ona spójna, ma ciągłość? Nie sądzę, mimo wielu długoterminowych projektów. Czy jest człowiekiem profesjonalnym? Jest. Inteligentnym? Jest. Majętnym? Jest. Czasami warto eksperymentować intensywniej przez trzy lata, by potem uzyskiwać stabilność, jest wiele różnych szkół takiego interacyjnego uczenia się. Mówię to głośno, bo warto, aby ludzie nie myśleli, że świat wygląda tak, jak on go przedstawia. Dla mnie ludzie mogą być dziwni, rąbnięci, ale niech szukają, odkrywają i realizują swoje pasje. Nie wyobrażam sobie, abym musiał stroić się na spotkanie z prezesem jakiejś firmy i od tego uzależniał sukces. Rzuciłbym taką pracę po pięciu minutach. Żadna z osób, które chcą zmieniać świat, tak nie działa. Ludzie śmieją się z prowokacji Elona Muska na Twitterze. On to robi, by pokazać, że jest takim samym człowiekiem jak każdy: też wygłupia się, popełnia błędy, ma odwagę, by widzieć świat inaczej. Ludzie uważają, że setkomilioner musi przyjść w butach ze skóry węża, przyjechać Maybachem i siedzi na 25. piętrze bez dostępu dla „zwykłych” zjadaczy chleba. Współczesnym problemom trzeba stawić czoła na poziomie intelektu, a nie tym, co się posiada i jak wygląda. Zresztą kiedyś wystarczyło być nieco bardziej inteligentnym, w szczególności w przemyśle technologicznym, aby osiągnąć sukces, dziś trzeba od dnia zero ścigać się z całym światem. Zresztą w przeszłości, w czasach dominacji PZPR w naszym kraju nie każdy mógł wyjeżdżać, takie możliwości na dzień dobry dawały inne szanse. W Polsce porażka jest synonimem klęski, w innych społeczeństwach trigerem nowego początku i szans. Zastanawiam się, co pan tak naprawdę czuje kilka dni przed tak ważnym meczem z Jagiellonią? Strach, podekscytowanie, adrenalina. Wszystkiego po trochę. Budzę się w nocy, nie mogę spać, kiedy zasypiam, śnią mi się mecze. Bardzo dużo się dzieje, często nie sypiam w ogóle, miewam stany przeddepresyjne, na szczęście szybko to mija. Mówi pan to na tyle szybko i lekko, że nie wiem, na ile poważnie traktować te słowa. Całkowicie poważnie. Po meczu z Wisłą Płock pierwszy raz od bardzo dawna wychodziłem ze stadionu ze łzami w oczach. Widziałem ogromną pracę, zaangażowanie zespołu, Jerzego, Radka, widziałem wsparcie kibiców i nie mogłem nic zrobić. Stąd też późniejsza krytyka na Twitterze, bo my nie odpowiadamy tylko za tych piłkarzy, ale wszystkich, dla których ten klub jest tak ważny. Wierzę, że i we mnie, jak i w Dawidzie, Macieju i pozostałych jest siła, aby nasz cel osiągnąć. Jestem tego pewien. Ale z drugiej strony mam w sobie taki naturalny hamulec, że nie lubię uszczęśliwiać sobą na siłę innych. Jeśli uznam, że bardziej szkodzę niż pomagam, powiem „dość”. To jeszcze nie ten moment. Były chwile, w których nie miałem siły, ale patrząc na liczby, to oprócz kwestii czysto sportowych nie uważam, że Wisła zmierza w złym kierunku. Tyle że przez zbytnie niechlujstwo na boisku, głupie błędy straciliśmy zbyt wiele punktów i to rzutuje na całość. Wierzę w zawodników i zespół w stu procentach. Niechlujstwo czy spisek? Bo z waszej narracji można czasem wyczuć taki ton. W dzisiejszym świecie nie ma sensu dopatrywać się spisków, choć drobnymi elementami można komuś utrudniać życie. Polecamy: Pech nie opuszcza Legii. To koniec sezonu dla defensora z Warszawy! Kontuzja jednak poważniejsza Ile razy zemdlał pan podczas studiów? Dwa lub trzy. Przepracowywałem się, spałem po 3 godziny dziennie. Ludzie w szpitalu zawsze myśleli, że jestem po drinkach, a ja po prostu nie miałem siły. Przyjeżdżała karetka, dookoła było dużo krwi, żona miała ciężko ze mną. Ale nie hiberbolizujmy tego. Dwa czy trzy razy na pięć lat to nie tak wiele. Ile razy zemdlał pan odkąd wkroczył do Wisły? Ani razu. Nie jest źle. Żona bardzo mnie pilnuje. Teraz jestem bardziej odporny na stres niż byłem kiedykolwiek w życiu. W mojej pracy odpowiadam za wiele spraw, moja firma analizuje ponad sto miliardów transakcji rocznie, odpowiada za największą liczbę danych w tej części Europy, musimy uważać na ataki cybernetyczne, konsekwencje jakichkolwiek niedociągnięć są ogromne. Przy tym wszystkim, co tydzień serwuję sobie ciężkie dni w sporcie, ale jak mówi moja żona: sam sobie taki los wybrałem. Teraz muszę się godzić, że w sezonie przegrywamy 15 spotkań lub więcej. Jak jesteś osobą ambitną, która wierzy, że może robić rzeczy najlepiej, to naprawdę jest to trudna lekcja pokory. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, źle się z tym czuję. Ale nie na tyle źle, by z tego zrezygnować. Wygląda na to, że futbol wciągnął pana na dobre. Bycie współwłaścicielem klubu to ogromna odpowiedzialność, ale też jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Jeśli dołożymy do tego pracę zawodową, to najbardziej pierdyknięty, jaki można sobie by było wyobrazić. Lubię to, szczególnie, kiedy patrzę, jaki zrobiliśmy od grudnia 2018 roku progres. Dziś Wisła jest klubem, który sprzedaje piłkarzy, który ma przychody i ich strukturę na zupełnie innym poziomie niż kilka lat temu, nasza sytuacja finansowa jest stabilna, mamy akademię, w którą inwestujemy po kilka milionów złotych rocznie. Rozczarowujemy sportowo, ale wierzę, że i to się zmieni. To ogromna zasługa zarządu i ich ciężkiej pracy w cieniu. W takim razie gdzie Wisła będzie w maju 2023? W maju, czyli może być to również 31 maja? W takim razie jestem przekonany, że będzie w ekstraklasie. Bo nawet jeśli spadnie, to do tego czasu do niej wróci.
"Jak chce się uderzyć psa, to i kij się znajdzie" – tak należy skontrować wszystkich malkontentów, którzy uważają, że kobiecy futbol to brzydsza, gorsza wersja dziedziny uprawianej przez mężczyzn. Dzisiejszy mecz na szczycie ekstraligi, w którym to TME UKS SMS Łódź podejmował Czarne Sosnowiec, był doskonałą reklamą tej dyscypliny. Kibice na trybunie zjawili się tłumnie, było wśród nich również wielu debiutantów. Piłkarki, jak i organizatorzy tego wydarzenia swoją postawą sprawili, że na pewno niejeden z nuworyszy jeszcze nie raz odwiedzi trybunę przy ulicy Milionowej. Obie drużyny przystępowały do tego spotkania z kompletem zwycięstw. W tabeli pierwsze miejsce dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu zajmowały Czarne Sosnowiec. Gospodynie mimo że postawiły przyjezdnym z Zagłębia Dąbrowskiego twarde warunki, musiały przełknąć gorycz porażki. Jak wyglądało to piłkarskie święto? Rollercoaster Sam mecz był niezwykle wyrównany, momenty dominacji łodzianek przeplatały się ze zmasowanymi atakami drużyny z Sosnowca. Imponować mogła szczególnie napastniczka Czarnych – Weronika Zawistowska, która raz po raz szturmowała bramkę rywalek, a rozentuzjazmowani kibice gości skandowali jej nazwisko. Zawodniczki SMS-u mimo to mądrze ustawiały się w obronie i nie pozwalały zagrozić swojej bramce. Gra momentami była bardzo twarda, chciałoby się powiedzieć ironicznie – męska. Wiele pojedynków w powietrzu czy też walk bark w bark kończyło się w sposób bardzo brutalny. Widowisko rodem z boisk Premier League. Do 45. minuty zanosiło się na to, że podopieczne Marka Chojnackiego zejdą na przerwę z czystym kontem. W pierwszej minucie doliczonego czasu gry po rzucie rożnym Andrea Horvathova dała jednak prowadzenie zespołowi z Sosnowca. Stara piłkarska prawda o bramce do szatni i tym razem miała się sprawdzić. W drugiej połowie łodzianki jakby nieco przygasły. Mecz nadal był bardzo agresywny, zaczęły się sypać żółte kartki, ale to drużyna z Sosnowca przejęła inicjatywę, a SMS tylko próbował raz po raz kontrować. Kilka z tych kontr wydawało się naprawdę groźnych, ale ostatecznie juniorski błąd w polu karnym gospodyń sprawił, że sędzia zmuszona była odgwizdać rzut karny, który pewnie wykorzystała Lilyana Kostova. Na domiar złego w 88. minucie spotkania drugą żółtą kartkę zobaczyła Wiktoria Zieniewicz i łodzianki kończyły mecz w dziesiątkę. Sosnowiec mógł cieszyć się z siódmego zwycięstwa z rzędu, ale każdy, kto oglądał ten mecz, widzi, że drużna Marka Chojnackiego jest na właściwych torach, aby dalej walczyć o upragniony medal mistrzostw Polski. Wielkie święto kobiecej piłki Na trybunie obiektu przy ulicy Milionowej w Łodzi frekwencja dopisywała dziś jak mało kiedy. Oprócz zaangażowanych we wspieranie swoich faworytek łodzian pojawiła się również delegacja z Sosnowca, która wystawiła swój „młyn” i głośno dopingowała Czarne przez cały mecz. Organizatorzy postarali się, aby odwiedzającym obiekt Szkoły Mistrzostwa Sportowego nie zabrakło niczego. Był darmowy(!) catering, były konkursy z atrakcyjnymi nagrodami związanymi z regionem łódzkim, było miejsce do zabawy dla najmłodszych, a żeby nikt nie wyszedł z pustymi rękami, każdy kibic dostał jeszcze skromny upominek. Dało się usłyszeć nawet zabawny dialog dwóch mężczyzn, gdzie jeden żalił się drugiemu, że chodzi na Widzew tyle lat, zostawia tam rokrocznie ogromne pieniądze i jeszcze musi płacić za kiełbasę, a tutaj nie dość, że wszedł za darmo, to jeszcze go nakarmili. ✌? — Joanna Tokarska (@JoannaTokarska_) September 26, 2020 Oddać należy też, że Telewizja Polska opakowała produkt, jakim jest Ekstraliga kobiet, na poziomie zbliżonym do Ekstraklasy. Wrażenie robią emitowane wraz z komentarzem ekspertów spotkania ze starannie przygotowanymi grafikami meczowymi. W dyskusji publicznej pada wiele krzywdzących słów, jakoby kobieca piłka nożna miała być nieatrakcyjna, nieefektowna i nieciekawa. Tym bardziej cieszą spotkania takie jak dzisiejsze, gdzie poziom sportowy widowiska jest naprawdę wysoki, a cała celebra wydarzenia bliższa jest rodzinnemu piknikowi, gdzie znajdzie się miejsce zarówno dla laików, jak i ekspertów piłkarskich, dobrze będą się bawić dzieci, a i kibice w podeszłym wieku nie uznają tych dwóch godzin za zmarnowane. Kobieca piłka jest sportem równie emocjonującym co piłka męska, a wydawane przez demagogów opinie biorą się najczęściej z kompilacji ze śmiesznymi błędami na YouTubie. Wszystkim, którzy chcą poznać prawdę, nie pozostaje nic innego, jak sprawdzić terminarz, zabrać ze sobą swoich bliskich i udać się na stadion. Na pewno nie będą żałować. czarne sosnowiec Marek Chojnacki UKS SMS Łódź
Przejdź do treści Facebook Instagram Program „Certyfikacji PZPN dla szkółek piłkarskich” jest dofinansowany ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej Strona główna FOOTBALL FUTSAL BEACH SOCCER JUNIORZY Video Sklep KONTAKT PARTNERZY Do Pobrania ⚽ Piłka nożna spać nie można 😉 Skrót meczu z KS Futsal-Powiat Pilski Nawigacja wpisu 🏆 4 kolejka 1 Polska Liga Futsalu❗️ Dzień meczowy ❗️ Dodaj komentarz Komentarz Nazwa * Email * Witryna internetowa
Piłka nożna, spać nie można! Ten okrzyk szkółki piłkarskiej naszego syna stał się jednym z naczelnych haseł w naszym domu. Dlaczego? Bo rzeczywiście piłka nożna sprawia, że często na sen brakuje czasu. Ale nie nam wszystkim, tylko Piotrkowi. Prowadzimy tutaj cykl „Ludzie z pasją”, a jeszcze nie pojawiła się historia człowieka, który całe zawodowe i dużą część prywatnego życia poświęcił właśnie pasji. Czas to zmienić! Bohaterem dzisiejszego tekstu jest Piotrek Kasprzyk, współautor tego bloga oraz agent piłkarski z powołania. Z gatunku wymierających, bo dla niego piłkarz to człowiek, a nie numerek czy cyferka na koncie. fot. Marta Zając-Krysiak Mogliście widzieć jak udostępniamy na naszych kanałach ważne wydarzenia związane właśnie z pracą Piotrka. Transfery, sukcesy, przełomowe momenty. Nasza rodzina tym żyje, wszyscy jesteśmy w to bardzo zaangażowani. Traktujemy zawodników Sports Prestige jak bliskich nam ludzi. Bardzo często nasze podróże są podyktowane właśnie tym, gdzie aktualnie grają zawodnicy agencji. Dlatego odwiedzaliśmy takie piękne turystyczne miasta jak choćby Bytom czy Przodkowo 😉 . Ale jechaliśmy tam do konkretnego człowieka, chcieliśmy go bliżej poznać i chcieliśmy, żeby on poznał nas. Narodziły się z tego relacje, które mamy nadzieję że przetrwają niejedną zawieruchę. Kiedy ktoś mnie pyta, czym zajmuje się mój mąż, to potem słucha z zaciekawieniem. Bo to nie jest typowa praca. W sumie niewiele osób potrafi to robić. A jeszcze mniej ma takie podejście do tej pracy. Właśnie z pasją i pełnym zaangażowaniem. I do tego profesjonalizmem oraz konkretną gruntowną i szeroką wiedzą. Piotrek, od kiedy tylko pamiętam, był związany z piłką nożną i marketingiem w sporcie. Pracował na serwisach piłkarskich jako redaktor, potem przez prawie 10 lat był redaktorem naczelnym na największym portalu o marketingu sportowym w Polsce. Kilka lat był mocno związany jako współwłaściciel oraz redaktor z największym nieoficjalnym serwisem klubowym Widzewa Łódź. W międzyczasie bronił praw piłkarzy w międzynarodowej organizacji jaką jest Polski Związek Piłkarzy. A do tego ukończył 2 stopnie kursu skautingowego The International Professional Scouting Organisation (IPSO), co zaowocowało pracą jako skaut piłkarski dla jednego z największych polskich klubów piłkarskich oraz dużej agencji menedżerskiej. Nie ma tu już miejsca na wiele więcej 😉 . To wszystko prowadziło do jednego. Pracy na własny rachunek i na własnych zasadach. Do stworzenia od podstaw czegoś, z czego mógłby być dumny. Droga była długa, często wyboista. Były chwile zwątpienia i rozmyślań, czy na pewno warto. Bo to nie jest łatwa praca. Trwa 24 godziny. Nigdy nie wiesz, kiedy trzeba będzie gasić pożar w klubie albo jechać po zawodnika do szpitala na drugi koniec Polski. Nie będzie tu wywiadu z Piotrkiem, tak jak zazwyczaj to wygląda. To jest dla niego trochę tekst-niespodzianka. Choć to on wrzuca teksty na stronę, więc może doda coś od siebie 🙂 (Miałem dodać, ale trwa okno transferowe… Sami rozumiecie 😉 – przyp. Piotrek ) . Za to postanowiłam zapytać kilku zawodników, jak się z Piotrkiem pracuje: Piotr Ostrowski Współpraca z Piotrkiem jest zupełnie inna niż wszystkie, z którymi dotychczas miałem do czynienia. Już na samym początku znajomości ustaliliśmy, że podstawą naszej współpracy musi być uczciwość i wzajemny szacunek. Od tamtej pory nic się w tej kwestii nie zmieniło. W pierwszej kolejności wspólnie nakreśliliśmy klarowny plan działania na następne okienko transferowe, co pokazało mi profesjonalizm, na którym obu nam zależy. Kolejną rzeczą, która od razu rzuca się w oczy, jest fakt, że Piotr najpierw widzi we mnie człowieka, a dopiero później zawodnika. W przerwach pomiędzy rozgrywkami jestem spokojny o to, że mój agent ciężko pracuje dzień w dzień, aby zwiększyć szanse na transfer. W tym ciężkim dla zawodnika okresie stale informuje mnie o postępach, co dobrze działa na mój komfort psychiczny. Niejednokrotnie przekonał mnie także o swojej wiedzy piłkarskiej, dzięki czemu zaufanie do niego automatycznie wzrastało. Piotrek to połączenie kompetentnego i godnego zaufania agenta z fajnym, uśmiechniętym facetem, który pomoże ci w każdej, także pozasportowej sytuacji. Artur Amroziński Praca z Piotrkiem jest wyjątkowa, on ceni sobie wartości, które w dzisiejszym świecie idą w cień. W 100% zaangażowany w swoją pracę, a jednocześnie pasję. Choć wiele razy pewnie się ze sobą nie zgadzaliśmy to jest to osoba zawsze gotowa do pomocy, takiej szczerej pomocy. Gotowy jeździć po Polsce i świecie, żeby oglądać mecze swoich podopiecznych. Władysław Terentjew Współpraca TOP. Znamy się już 3 lata, i jestem bardzo szczęśliwy że spotkałem Piotrka w swoim życiu. To nie tylko menadżer, ale przede wszystkim dobry przyjaciel i bardzo dobry człowiek, uczciwy, który ma wielkie serce. Wiem, że na Piotrka zawsze można liczyć. W pracy w tej branży działa inaczej niż inni, co zdecydowanie wyróżnia Piotrka na tym rynku menedżerskim. Orest Tkaczuk Praca z Piotrkiem to przyjemność. To jest osoba która angażuje dużo sił i emocji w swoją pracę i widać że robi to z pasją. Jego poświęcenie odczuwa się na różnych etapach współpracy. Piotrek, jako piłkarski manager cały czas pragnie rozwoju dla siebie i swoich zawodników, to jest mocno doceniane przeze mnie. Mam nadzieje, ze razem uda nam się zrobić wielkie kroki w piłce nożnej. Sports Prestige ma jeszcze wiele przed sobą. To będą dobre lata, bo nie może być inaczej jeśli ktoś wkłada tyle serca w to co robi. A jak wiele Piotrek daje z siebie chyba najlepiej wiem ja, bo widzę to każdego dnia w każdej godzinie. To jest PASJA! Praca agenta piłkarzy to dla Piotrka nie jest tylko wystawienie faktury za prowizję od transferu. (Musiałem: – przyp. Piotrek): PS Jakby ktoś nie kojarzył sceny, to fragment filmu “Jerry Maguire”. Fajnie pokazuje właśnie ludzkie relacje agent-sportowiec. Warto obejrzeć 🙂 To jest całkowite zaanagażowanie w to co robi z największym naciskiem na dobro i rozwój zawodnika. Nasz przyszywany dziadek ma takie powiedzenie „nie śpię, a myślę”. Nic dodać nic ująć.
Projekt nocnego kopania w „gałę” to inicjatywa Stowarzyszenia Aktywnych Społecznie Trampolina oraz klubu TamGram. – Naszym głównym celem jest to, żeby zwykłe, codzienne rzeczy zamieniać w coś oryginalnego i niezwykłego – mówi Ania Szczęśniak, członkini Stowarzyszenia oraz pomysłodawczyni akcji. – Wszak w piłkę nożną na podwórkach gra się niemal codziennie, ale zorganizowanie turnieju pod osłoną nocy i z fluorescencyjnymi gadżetami nadaje tej zwykłej zabawie element zaskoczenia – turnieju będą mieć na rękach i nogach fluorescencyjne sticky na rękach i nogach. W ten sam sposób oznaczone będą bramki, a piłka zostanie pomalowana farbą fluorescencyjną. – W tej grze bardzo ważne będą zasady fair play – zapewnia pomysłodawczyni. – Za każde przewinienie (kopnięcie, pchnięcie czy podstawienie nogi), zawodnik będzie musiał opuścić boisko. Chodzi bowiem o zabawę, a nie ostrą rywalizację – podkreśla. Imprezę poprzedzi grill pod klubem TamGram, na który zaproszeni są wszyscy uczestnicy turnieju i oczywiście kibice. – W ten sposób chcemy też pokazywać młodzieży, że wieczory można spędzać ciekawie, a nie tylko siedząc i „tagując” po bramach – mówi Karolina Jackowiak z TamGram. – Klub prowadzimy od kilku miesięcy i wiemy, że dzieciaki z Nadodrza naprawdę chcą coś robić i tworzyć. Pokazujemy im przykłady działań w przestrzeni miasta, udowadniając, że może ona być w prosty sposób atrakcyjna. Zazwyczaj „rzucamy” im temat, a resztę wymyślają sami. Zbierz drużynę i zagraj w piłę W nocnym turnieju może wziąć udział nie tylko młodzież z Nadodrza. Trzeba jednak zebrać 6-osobową drużynę. – Jak na razie mamy drużyny składające się z nastolatków i jedną, którą tworzą 30-latkowie – mówi Szczęśniak. Do udziału w turnieju można się zgłosić e-mailowo pisząc na adres: [email protected] lub [email protected] Niepełnoletni będą musieli również dostarczyć pisemną zgodę rodziców lub opiekunów. Mecze będą trwały po kilkanaście minut każdy. Impreza startuje o w klubie TamGram przy ul. Niemcewicza 34, później drużyny i kibice przechodzą na boisko, na którym od do północy będzie trwał nocny turniej. ulaj
piłka nożna spać nie można